Stare, jeszcze z lipca, wygrzebane "z szuflady". Niby piosenka, ale nie wyobrażam sobie jej śpiewanej z jakąkolwiek melodią, i nie miałam takiego zamysłu. Wydała mi się to po prostu najodpowiedniejsza forma.
ref. Ona ciągle ucieka - wciąż ją goni obwarzanek
Ten z lukrem i ten, którym niedługo sama się stanie
jeśli skusi się na kęs, bo szybko popłynie dalej
budząc się z ręką w nocniku - w swoim przetworzonym kale
I. Kolejny dzień, okazja do zmian
czas by odzyskać zawieszoną godność
czas poczuć pewność, sukces i szczęście
i zbudowaną z kości swobodność.
Kurtyną cyfr bilansów dziś
zasłoń ryzykowny świat
a potem zniknij, ponieważ grać
w zamknięciu mogę tylko ja
II. Nienawiść, wstręt, i strach, i lęk
czemu świt to nie nowa karta?
Rzeczywistość to sprawa ważna
ale bez celu gówno warta.
I czemu wszystkie te uczucia
pchają się tu - do podniebienia?
Najpierw przez smak, dla znieczulenia
a po ich zwrocie też nic się nie zmienia
III. Ile to jeszcze może trwać
I ile to znaczy zbyt wiele?
Zostaje tylko śmiać się w twarz
tym, co ciało ich przyjacielem
Bo to nie może być normalne
dla zmian się pozbyć fundamentu?
A co to znaczy żyć zwyczajnie?
Bez głodu, kibla, zgrzytu zębów...